Książka i możliwość czytania to jeden z największych cudów naszej cywilizacji - Maria Dąbrowska

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Psiego najlepszego. Był sobie pies na święta - W. Bruce Cameron - recenzja


W ostatnim czasie w ramach Szkolnego Klubu Recenzenta przeczytałam książkę „Psiego Najlepszego. Był sobie pies” na Święta. Autorem jest W. Bruce Cameron. To twórca bestsellera zatytułowanego „Był sobie pies”. Inspiracją była jego ukochana suczka z dzieciństwa o imieniu Cammie. Wspomniany powyżej utwór stał się światowym fenomenem i został przeniesiony na ekrany kin. Czworonogi to bohaterowie wielu dzieł Camerona.

Utwór należy do epiki, a konkretniej jest powieścią.

Na początku poznajemy Josha, który po rozstaniu z Amandą – jego byłą dziewczyną – czuje się samotny. Los postanawia zrobić mu psikusa. Jego sąsiad podrzuca mu psa, a dokładniej ciężarną suczkę – Lucy. Mężczyzna zauroczony głębokim spojrzeniem brązowych oczu przygarnia ją pod swój dach. Obiecuje sobie, że zaopiekuje się Lucy i jej szczeniakami jak najlepiej. Zdaje sonie sprawę, że nie ma pojęcia jak to zrobić. Pomocy szuka w schronisku. Poznaje tam Kerri, która zajmuje się zwierzakami. Wspólnie przygotowują je do świątecznego programu adopcyjnego. Kiedy czas gdzieś umyka, Josh nagle zdaje sobie sprawę z tego, że jego życie wywróciło się do góry nogami.

Książka porusza problemy natury egzystencjalnej takie jak: samotność, miłość oraz rola psa jako towarzysza w życiu człowieka.

Powieść pisana jest prostym, zrozumiałym językiem. Wszystkie rozważania bohaterów przedstawione są w sposób przyjazny czytelnikowi. Można ją zaliczyć do tych, które łatwo się czyta.

Utwór sam w sobie jest intrygujący, Zauroczył mnie wszechobecnością miłości do zwierząt. Niesamowite wydaje się to, że człowiek, który nigdy nie chciał mieć psów, nagle odkrywa, że nie może bez nich żyć. Możemy spodziewać się w tej kwestii kilku niespodzianek.

Rozpoczynając czytanie, byłam lekko zdezorientowana. W dość szybkim tempie zostało wprowadzonych kilku bohaterów. Po kilkunastu stronach zaczęłam już kojarzyć wszystko. Powieść potrafi pochłonąć na kilka godzin. Skłania człowieka do rozważań o życiu. Można się istnie zatopić w świecie przedstawionym. Kilka razy zdarzyło mi się uronić kilka łez.

Krótko podsumowując, utwór polecam nie tylko miłośnikom psów i innych futrzaków, ale także osobom, które mają ochotę na coś wzruszającego i pełnego miłości. Nadaje się idealnie na jesienno-zimowe wieczory w wygodnym fotelu oraz w towarzystwie miłego koca, oraz kubka gorącego kakao.




M.B.



Za książkę dziękujemy księgarni internetowej 







niedziela, 10 grudnia 2017

DIY. Żyj pięknie! - recenzja

„DIY. Żyj pięknie!” pod patronatem strony internetowej DaWanda, to książka zawierająca w sobie 70 tutoriali na rzeczy do zrobienia samemu.

Ale od początku. DIY (do it yourself) to w tłumaczeniu: Zrób to sam. W internecie jest wiele darmowych pomysłów jak wykazać się kreatywnością. W tej książce znajdziemy jedynie 70, jednak trzeba tu przyznać autorom, że zdjęcia są dobrej jakości i rzeczywiście wszystko zostało pokazane krok po kroku. Niestety znalazły się tutaj pomysły, które nie są jakieś górnolotne i chyba nieprzemyślane... jak np. malowanie kropek flamastrem po szklance (serio?!), czy roztopienie czekolady i ozdobienie jej granatem... Ale niech będzie, reszta przepisów jedzeniowych jest świetna np. ciasteczka czy pasty.

Plusem jest również to, że przy każdym pomyśle jest kod QR, który przekierowuje na internetową wersję. Tylko z drugiej strony to po co internetowa wersja, skoro masz przy sobie książkową...

Okładka i strony są zrobione z dobrego materiału. Przyjemny jest on w dotyku.

Jako osoba żywo interesująca się diy i używająca ich na co dzień muszę z przykrością powiedzieć, że wiele z tych pomysłów zostało wzięte z internetu i nie wniosło wiele nowego w moją edukację kreatywności. Przepisy owszem są na 5, ale moim zdaniem nie powinny się tu znaleźć, gdyż uważam, że jedzenie to osobna kategoria, która nie zalicza się do pojęcia DIY.

Myślę, że jest to dobry prezent na święta dla osoby, która dopiero zaczyna w tym temacie.


O.B., lat 18



Książka wydana przez Wydawnictwo


sobota, 9 grudnia 2017

Pył ziemi - Rafał Cichowski - recenzja

Ostatnio bardzo polubiłam powieści science fiction, dlatego chętnie sięgnęłam po nową książkę Rafała Cichowskiego, czyli "Pył Ziemi". Już na wstępnie muszę wspomnieć, że okładka jest przegenialna! Lekko wydrążone litery i Ziemia, do tego wszystko w tonach szarości, co niewątpliwie może kojarzyć się z pyłem. Naprawdę projekt tej okładki jest świetny.

Przechodząc do fabuły. Mamy XXIV wiek. Ziemia umiera. Ludzie, aby przetrwać zagładę, konstruują statek kosmiczny — Yggdrasil. Ma on zapewnić idealne warunki do przeżycia dla wielu pokoleń ludzkości. W zasadzie misja ta okazuje się sukcesem, bo po siedmiuset latach, statek nadal istnieje, ale pojawiają się pewne problemy, a dalszy żywot Yggdrasil stoi pod znakiem zapytania.

Dwoje nieśmiertelnych mieszkańców statku (wszak przez wieki technologiczne postępy zapewniły ludziom wieczne życie) wraca na Ziemię, aby odnaleźć Bibliotekę Snów, czyli miejsce, gdzie zostały zachowane wszelkie ludzkie wspomnienia. Ma to im pomóc rozwiązać problem, który zagraża Yggdrasil i wszystkim jego mieszkańcom.

Pierwsza myśl po przeczytaniu tej książki? Miałam wrażenie, że to bardzo skomplikowany sen, w którym nic nie wydaje się normalne, obrazy szybko przeskakują i łatwo się w nim pogubić. Lilo i Rez, czyli główni bohaterowie, spotykają na swojej drodze dość ciekawe postacie. Z jednej strony na przysłowiowe "dzień dobry" mają do czynienia z dość prymitywnym plemieniem, którego członkowie nie mają za bardzo pojęcia o cudach techniki, a raczej kompletnie o nich zapomnieli. Innym razem poznają lorda, który sprawuje władzę nad kopią Londynu rodem z czasów wiktoriańskich. Miasto to boryka się z problemem morderstwa pewnej prostytutki. Sprawę mają pomóc rozwikłać nasi kosmiczni bohaterowie. Innym miejscem, do którego trafią Lilo i Rez jest Aurora, czyli miasto, w którym znajduje się poszukiwana przez nich Biblioteka Snów. Niestety, droga do wspomnień nie jest prosta, ponieważ Aurorą włada despotyczna królowa, która nie jest chętna do współpracy. Dlaczego zatem przypomina mi to wszystko dość skomplikowany sen? Dlatego, że tak, jak we śnie, przeskakujemy w zupełnie różne od siebie miejsca, spotykamy odmiennych ludzi, a często mamy do czynienia z sytuacjami, które nas szokują.

Co do samych bohaterów, jakoś specjalnie ich nie polubiłam. Moim zdaniem trudno ich dokładnie poznać, co niestety, nie gra na korzyść tej powieści. W zasadzie mam wrażenie, że dało się poznać bliżej lorda Jacka, niż Reza czy Lilo, a chyba nie o to miało chodzić. Co do pozostałych postaci, może warto skupić się na tej przyszłościowej ludzkiej społeczności. To akurat było ciekawe, zwłaszcza fragment, w którym dowiadujemy się, jak powstawał pomysł na stworzenie Yggdrasil. Z jednej strony stanowi to pewną nadzieję dla rodzaju ludzkiego i alternatywę dla śmierci podczas końca świata. Z drugiej natomiast pokazuje, że człowiek nawet w obliczu zagłady, myśli wyłącznie o sobie i jest na najlepszej drodze, aby otrzymaną szansę na przeżycie zwyczajnie zmarnować przez chęć władzy, arogancję czy poczucie wyższości w stosunku do innych.

Trudno mi dokładnie określić moje uczucia po przeczytaniu "Pyłu Ziemi". Uważam, że pomysł był bardzo dobry, aczkolwiek chyba nie został do końca wykorzystany. Zabrakło mi tutaj lepszego poznania głównych bohaterów. Coś niecoś o nich wiemy, ale z pewnością staliby się bliżsi, gdybym wiedziała o nich więcej i pewnie dzięki temu książka spodobałaby mi się bardziej. Nie do końca przemawiały do mnie przejścia między opisanymi przeze mnie wyżej miejscami. To również można byłoby trochę inaczej połączyć, ale to tylko moje zdanie. Patrząc całościowo na całą historię jest to jednak dość ciekawa lektura, a pomijając tych kilka niedociągnięć, byłoby naprawdę świetnie.

"Pył Ziemi" to książka, która przedstawia wizję Ziemi i ludzkości. Myślę, że może spodobać się fanom powieści science fiction i poleciłabym ją właśnie tym czytelnikom. Sama natomiast mam mieszane uczucia, bo po przeczytaniu ukochanego przeze mnie "Chóru zapomnianych głosów" trudno mi znaleźć powieść traktującą o przyszłości, która równie jak ona, trafiłaby idealnie w mój czytelniczy gust.





Książka wydana przez Wydawnictwo SQN

czwartek, 7 grudnia 2017

Odnaleziony - Harlan Coben - recenzja

„Odnaleziony” to już ostatnia część z serii o Mickeyu Bolitarze (dwie poprzednie to: „Schronienie”„Kilka sekund od śmierci”), siostrzeńcu Myrona, bohaterze wielu wcześniejszych książek Harlana Cobena.

Łyżka po operacji dochodzi do siebie, choć rokowania nie są zbyt optymistyczne. Pomimo wszystko cały czas pomaga przyjaciołom. Ema zakochuję się w internetowym nieznajomym. Niestety przy próbie spotkania w realu, nagle chłopak się wycofuję i zrywa wszelki kontakt. O rozwiązanie tajemnicy prosi swojego przyjaciela Mickeya. Natomiast Mickeyowi w szkole udaje się dostać do wymarzonej drużyny. Pozostali zawodnicy, pomimo jego talentu, nie pałają sympatią do niego, do tego wybucha afera dopingowa. Mickey cały też czas próbuję rozwiązać zagadkę śmierci ojca. Ekshumacja dostarcza tylko kolejne wątpliwości i pytania...

Sporo tu wyjaśnień i streszczeń z poprzednich części, jednak warto przeczytać serię po kolei. Powieść czyta się łatwo i szybko. Nawet było mi przykro, że to już koniec przygód Mickeya i jego przyjaciół. Jak skończy się ta historia? Czy dowiemy się co się naprawdę stało z ojcem Mickeya? Przekonajcie się sami!


MJ


Książka wydana przez Wydawnictwo


środa, 6 grudnia 2017

Prawie siostry - Joshilyn Jackson - recenzja

Joshilyn Jackson jest amerykańską pisarką. Autorką kilku bestsellerowych powieści, wydanych również w Polsce, m.in. „Bogowie Alabamy”, „Inna niż wszystkie".

Książka „Prawie siostry” opowiada historię Lei, rysowniczki komiksów, prowadzącej jakby się wydawało zwyczajne życie. Dowiaduje się ona nagle, że po chwilowym zapomnieniu, będzie mieć dziecko z fanem swojej twórczości. Niestety nie pamięta jak się nazywał ani nawet jak dokładnie wyglądał... Spada na nią również wiadomość, że jej ukochana babcia Birchie zapada na zdrowiu. Musi, więc jechać setki kilometrów, by się nią zająć. Wraca w rodzinne strony, by nie tylko poinformować krewnych o swoim stanie, ale i podjąć decyzje w sprawie opieki nad Birchie, a tymczasem wychodzą na jaw mroczne tajemnice rodzinne...

Głównej bohaterki nie da się nie lubić. Losy Lei i jej rodziny śledzimy z jej punktu widzenia. Powieść czyta się bardzo przyjemnie, choć jest to słodko-gorzka historia. Porusza, wzrusza i... rozśmiesza, bo autorka przedstawia nam swoich bohaterów bardzo ludzko. Pomimo ich wad i błędów potrafimy ich postępowanie zrozumieć.

Moim zadaniem jest to bardzo dobra książka. Poruszane są tu ważne tematy takie jak rasizm, porzucenie, starzenie się i choroba, ale i miłość, więzy rodzinne, przyjaźń. Wszystko to przedstawione jest z dystansem i humorem. Polecam serdecznie!


MJ




Książka wydana przez